niedziela, 2 grudnia 2012

Jest już nowy numer!




Zimno się jakoś zrobiło. Wam też? O ile szok termiczny nie dotyka mnie w chwili gdy zima ustępuje wiośnie, to kiedy przekładam ostatnią kartę kalendarza, wzdrygam się na myśl o tym, że najbliższe miesiące spędzę z balastem czapek, szalików, grubych skarpet i rękawiczek. W tak nieprzyjaznych okolicznościach przyrody trzeba mieć dobry powód, by wyjść z domu. Na szczęście w Toruniu o niego nietrudno, o czym przekonacie się, przeglądając dział Wydarzenia. Z pobudek jak najbardziej osobistych i emocjonalnych serdecznie zapraszam Was na premierową edycję Bella Women In Art Frestival, w którą zaangażowała się cała redakcja „Musli Magazine”.
Ciśnienie podniesie Wam też temperatura naszych rozmów. Tym razem przepytaliśmy Anję Orthodox z Closterkeller, Macieja Olbrycha z Popkultury oraz Kamila Kozłowskiego i Sylwestra Wronieckiego z Dead Snow Monster. Dużo emocji dostarczy Wam także grudniowy Portret. Ania Ladorucka prezentuje nieodżałowaną kobietę wulkan – Janis Joplin! Na przekór szarej zimie kilka stron poświęciliśmy modzie! Iwona Stachowska w dziale Zjawisko przedstawia Ściegi, ja tradycyjnie złowiłam ciekawostkę do działu ko_MODA. Tym razem Gość Specjalny Bella Women In Art Festival – Maria Sadowska i jej kolekcja etnicznych bluz! W galerii dwie fantastyczne dziewczyny  – Julia Jarmulska i Anna Tea. Jak zwykle w „Musli Magazine” ciekawe felietony, a także relacja naszego redakcyjnego teatromana Arka Sterna z 19. Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek SPOTKANIA. A na deser – Marta Magryś i jej świąteczne menu. Smacznego!

Magda Wichrowska

Terra Incognita




Książka na niedzielę! Recenzuje Iwona Stachowska.

Miedzianka. Historia znikania
Filip Springer
Wydawnictwo Czarne
2011

Przeczytałam gdzieś zdanie: „Prędzej czy później wszystko zniknie”. To egzystencjalne credo dotyka nas na co dzień. Ale w kwestiach bardziej istotnych niż żywot komara, muchy czy plotkarskiego newsa raczej odkładamy jego nieuchronność na bliżej nieokreślone potem. Jakimś dziwnym trafem skłonni jesteśmy sądzić, że tempo znikania jest odwrotnie proporcjonalne do wagi (obiektywnie i subiektywnie mierzonej) danego obiektu.
Zgodnie z przyjętą miarą należałoby założyć, że co jak co, ale miasta i miasteczka nie znikają z mapy tak ochoczo. Szczególnie te z kilkuwieczną tradycją. Mogą zmienić nazwę, opustoszeć, ale nie zniknąć. A jednak. Filip Springer w swoim reportażu, za który został nominowany do tegorocznej nagrody literackiej Nike, próbuje odtworzyć historię jednego z takich miejsc.
Losy Kupferberg – Miedzianki, niewielkiego górniczego miasteczka otoczonego ramionami Kotliny Jeleniogórskiej, Pogórza Kaczawskiego i Kotliny Kamiennogórskiej, zostały opowiedziane przez pryzmat historii tych, bez których przestrzeń miejska obyć się nie może – jego mieszkańców. Uroki tego zakątka i jego niepowtarzalny klimat poznajemy rekonstruując w myślach wielokilometrowe korytarze sztolni, gwar Ratuszowej gospody, szczery smak piwa serwowanego przez lokalny browar Georga Franzkiego, aromat świeżo pieczonego chleba z piekarni mistrza Wilhelma Fladego czy ostre dźwięki fryzjerskich nożyc Adolfa Friebego. Cóż takiego stało się z Miedzianką, że pozostało po niej zaledwie kilka opuszczonych domów?

Ciąg dalszy recenzji w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu.

sobota, 1 grudnia 2012

Pełna dyskrecja




Sobota z felietonem Marka Rozpłocha!

Masoneria to jeden z ulubionych tematów miłośników spiskowych teorii dziejów. Szczególnie w krajach, w których nie jest ona liczna, a narosłe przez wieki obiegowe opinie nie są jej zanadto przychylne. Wątpię, by na obszarach anglosaskich były aż tak rozwinięte systemy hipotez, tez, wniosków i obserwacji dotyczących wolnomularstwa, które stanowi w tych krajach jedną z popularniejszych form najzwyklejszego zrzeszania się, działalności w trzecim sektorze – często o charakterze charytatywnym.
W Polsce wolnomularstwo miało zazwyczaj postać elitarnych klubów, a wiadomo, że nieufność wobec elit, połączona z nieprzychylnością Kościoła wobec tego typu działalności, tworzy atmosferę wyjątkowo sprzyjającą popularności paranoicznych wizji działań masonów.
Owszem – osoby o poglądach konserwatywnych, uznające postęp za miraż, ku któremu ludzkość nie powinna dążyć, z jasnych i oczywistych względów jakąkolwiek działalność jawną lub tajną tej opcji uważać powinny za niewłaściwą. Po prostu promuje ona obce im wartości. Jednak zupełnie czym innym jest przypisywanie organizacji, o której nic się nie wie albo wie się to, co wieść gminna niesie, wszelkiego możliwego zła. Wydaje mi się, że im więcej rzetelnej wiedzy, tym bliżej przekonania, że organizacja to bardziej osobliwa niż podejrzana. W sposób dość dziwny dla współczesnego człowieka rozwija w swoich członkach poczucie odpowiedzialności za dobro ludzkości i jej postęp. Tym dziwniejszy, że paradoksalnie bardzo konserwatywna pozostaje w przestrzeganiu ustalonych parę wieków temu reguł, które przez bogactwo rytuałów i symboliki mogą wydać się osobliwe. Wtedy należy jednak zdać sobie sprawę z tego, że wszyscy i niemal zawsze jesteśmy zanurzeni w morzu rytuałów i świecie symboli, jednak nie zdajemy sobie z tego najczęściej sprawy; tu zaś mamy do czynienia (zresztą podobnie jak w religii) ze świadomym obcowaniem z rytuałem, symboliką – zresztą jakże głęboko powiązanymi z tym, co w naszej kulturze istotne (tu też bym zachęcał wyznawców spiskowych teorii do rzetelnego zapoznania się z faktami).
Jedyną rzeczą, która może rodzić pytania, jest tajny charakter pewnych elementów wiedzy wymagających głębszego – nomen omen – wtajemniczenia...

Ciąg dalszy w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu.  

piątek, 30 listopada 2012

Pasą się, pasą


fot. Aleksandra Kowalczyk

Piątek zWYWIADowcy! Z Januszem R. Kowalczykiem – autorem książki Wracając do moich Baranów – rozmawia Marek Rozpłoch.

Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA w Teatrze Baj Pomorski obfitował w wiele wydarzeń towarzyszących, takich jak warsztaty dla dzieci, koncerty dla dorosłych itp. Jednym z takich zdarzeń było spotkanie z Januszem R. Kowalczykiem promujące jego książkę Wracając do moich Baranów, połączone z występem dwóch kabaretowych grup aktorek i aktorów Baja prezentujących program satyryczny inspirowany piosenkami z kręgu Piwnicy pod Baranami (i tymi piosenkami przeplatany). Po spotkaniu udało mi się przeprowadzić wywiad z autorem książki.

>>Pierwsze pytanie. Skąd potrzeba różnorodności gatunkowej w Pana książce, czy to konieczność zamknięcia w jednym tomie całości Pana doświadczeń z Piwnicą pod Baranami, czy bardziej chodzi o przystępny przekaz dla czytelnika?

To jest bardzo dziwne zjawisko ta Piwnica pod Baranami – bo niezależnie od tego, ile książek by się o niej nie napisało, i tak zawsze można napisać nową. Ja starałem się swoim spojrzeniem na czas, kiedy w Piwnicy byłem, i późniejszy, gdy inne wyzwania życiowe od kabaretu mnie odciągnęły, opisać Piwnicę i siebie – szczególnie to, po co tam byłem. A byłem jednym z Piwnicznych satyryków, pisane więc jest to z nieco egoistycznego punktu widzenia. (Rozmowę przerywa pukanie do drzwi – przyp. red.) Proszę bardzo! W tej chwili wchodzi do sali pan Krzysztof Zaremba, wybitny artysta, muzyk, aktor, który podczas promocji książki dokonał cudu scenicznego – te utwory, które były grane przez Koniecznego, Pawluśkiewicza, Grechutę, Walewskiego, Preisnera, pan Krzysztof swoim opracowaniem wspaniale uprzystępnił w swoich interpretacjach. Wielka to też zasługa artystów Baja Pomorskiego – bardzo serdecznie dziękuję.
Wracając do pytania o różnorodność… Moja różnorodność w Piwnicy była ograniczona – zajmowałem się gadaniem. Pisałem teksty istotne w tym czasie, które ukazać mogły się tylko w podziemiu. I osobiście odczuwałem ten kabaret jako rodzaj podziemia – nomen omen mieścił się w podziemiu. Potem też miałem związki z drugim obiegiem i trochę o tym też wspominam w książce, ale to już późniejszy okres. Wchodząc do Piwnicy, byłem studentem teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, czułem się skonfundowany, że jestem taki osobny, ale też podobnie osobny okazał się Andrzej Pacuła – młodszy brat Marka Pacuły, który po śmierci Piotra Skrzyneckiego prowadził Piwnicę. Stworzyliśmy razem zgrany duet.

>>Zasadniczy trzon tej książki zaczął powstawać od razu po Pana odejściu z Piwnicy, czy jest to jednak zamysł ostatnich lat?

Ktoś mi już zadał to pytanie wcześniej: ile lat to pisałem? Ja odpowiedziałem, że 20 lat i 2 miesiące. Przez 20 lat pracowałem jako dziennikarz, krytyk teatralny – w „Rzeczpospolitej” głównie – i pisałem w tym czasie o Piwnicznych artystach, mych kolegach, głównie portrety aktorów i autorów. Trzon książkowych wspomnień to na nowo opracowane te właśnie teksty dawne. Jest ich chyba kilkadziesiąt, jeśli nie setka. Te dwa miesiące, które dodałem do rachuby, poświęciłem na to, by wszystko scalić, uporządkować, uprzystępnić. Jaki efekt? O efekcie nie mnie się wypowiadać…

>>Czy przekształcenie się Piwnicy w mit, jej sakralizacja – były czymś nieuchronnym, czy czuło się to już w tamtych czasach? I czy taki wizerunek nie zamazuje tego, co niegdyś było najważniejsze – zabawy, radości życia?

Piwnica pod Baranami istnieje w legendzie, w micie – bardzo często wspomina się początki, Ewę Demarczyk, Zygmunta Koniecznego, który stworzył odmianę polskiej piosenki, zyskującej wówczas olbrzymią sławę, mianowicie piosenkę poetycką. To był pomysł Piotra Skrzyneckiego i Zygmunta Koniecznego, którzy specjalnie brali teksty z najwyższej półki, znaleźli też fenomenalną Ewę Demarczyk. Potem doszły i inne wykonawczynie – ale cały mit powstał na barkach Skrzyneckiego, Koniecznego i Demarczyk. Są dwa aspekty Piwnicy – legenda i życie codzienne. W książce starałem się je pogodzić. Moje wspomnienia to lata siedemdziesiąte, kiedy się tam znalazłem, i bardzo trudne lata osiemdziesiąte, które nie zostały jeszcze w zasadzie opisane. Wspaniały album Joanny Olczak-Roniker to jest rzecz fundamentalna, taki filar. Moja książka to głos z boku, ale są w niej rzeczy, o których ona nie pisała. W tym okresie przychodziła już tylko okazjonalnie, była trochę z boku, czasem pomagała literacko, na przykład przy Wnijściu Xięcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa, jakichś jubileuszach, rocznicach…

Ciąg dalszy rozmowy w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu.

czwartek, 29 listopada 2012

Komu w drogę, temu Noctourniquet




Na muzyczny czwartek zaprasza Szymon Gumienik!

Noctourniquet
The Mars Volta
Warner Music Poland
2012

Pierwsze skojarzenie po szybkim zapoznaniu się z Noctourniquet to niebywały rozmach – połamany i miejscami karkołomny, ale jednak rozmach. Nic w tym jednak dziwnego, wydawnictwo firmuje bowiem zespół The Mars Volta, który już od dawna w swoich utworach eksploruje różnorodne obszary muzycznej aktywności, bez wahania zdobywając te tereny, które są bardziej nierówne i trudne do przebycia dla innych. O płaskich krajobrazach na planecie Mars Volty nie może być zatem mowy. Chyba że mamy tu na myśli rozległą i nieobiecującą niczego przestrzeń – nieograniczone pola interpretacji i muzycznej percepcji. Idźmy jednak dalej, bo we wspólną wędrówkę z Mars Voltą na pewno warto się wybrać.
Grupa pod wodzą Omara Rodrigueza-Lopeza i Cedrica Bixlera-Zavali może być dla nas bardzo inspirującym towarzyszem podróży, o ile będziemy gotowi przyjąć ich ogólne podejście do materii dźwięku czy szalonych korelacji stylistycznych oraz gatunkowych, realizowanych nieustannie na nowo już od ponad 10 lat. W zasadzie każda płyta muzyków z El Paso niosła ze sobą inny ciężar gatunkowy, zmierzając bardziej do antytezy niż syntezy tzw. własnego stylu i charakterystycznego dźwięku. Coś jednak w dokonaniach zespołu jest takiego, że mimo stylistycznego bałaganu zawsze odnajdujemy w Mars Volcie stałe stężenie marsvoltowości. A składników tego nieładu było i jest zawsze wiele – zaczynając od punkowej mentalności, idąc przez jazzowe i psychodeliczne improwizacje, elektroniczną regularność i ambientowe klimaty, a na typowo hardrockowej spuściźnie i progrockowej wyobraźni kończąc. Mając na uwadze powyższe, trzeba jednak przyznać, że najnowsze wydawnictwo Teksańczyków odbiega trochę od ich osobliwych i dzikich początków, na których to zbudowali swój autorytet na muzycznej scenie alternatywnej. Noctourniquet jest bardziej melodyjne, ułożone i przystępniejsze dla nienawykłego do „kontrolowanej kakofonii” słuchacza, do tego jeszcze kompozycyjnie i instrumentalnie trochę okrojone i uproszczone (mam tu m.in. na myśli zmiany i pomniejszenie składu zespołu czy budowanie utworów na standardowym schemacie zwrotka–refren), jednak to cały czas Mars Volta, co więcej – Mars Volta w bardzo dobrej kondycji. Dokładając do tego „sukces” poprzedniego krążka, mogę z czystym sumieniem zaprosić wszystkich chętnych w epicką podróż po nieregularno-synchronicznych (sic!) dźwiękach spod znaku gitary, bębnów, klawiszy, syntetyzatorów i wysokiego wokalu sir Cedrica Bixlera-Zavali. Zatem w drogę!

Ciąg dalszy recenzji w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu.

środa, 28 listopada 2012

Bliżej von Triera niż Tarantino


fot. wieczorkocha

Środa zWYWIADowcy! Z Hubertem „Spiętym” Dobaczewskim o mieszaniu stylów, ścieżkach do nieistniejących filmów, ostatnim słowie Eddiego Stevensa i nie odcinaniu kuponów od sukcesu rozmawia wieczorkocha.

>>Macie w dorobku pięć płyt, każda jest inna. Tacy z Was eksperymentatorzy? Nie przywiązujecie wagi do gatunków, nie interesuje Was stworzenie jednorodnego stylu i zakorzenienie się w nim?

Interesuje nas przede wszystkim dobra i ciekawa sztuka, autorska sztuka. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że gdyby było na świecie milion zespołów, to byłoby też milion gatunków – jeśli mówimy tutaj oczywiście o uprawianiu sztuki w sposób autorski. Bo taka jest prawda, że gdy chce się zrobić rzecz, która nie wpisuje się w jakiś kanon czy formę już gdzieś wcześniej zapoczątkowaną, to chyba nie jest to najlepsze rozwiązanie dla sztuki i w ogóle dla rozrywki, jaką jest uprawianie sztuki. Staramy się robić płyty, które różnią się od siebie, ale staramy się również być zespołem, który różni się od innych. I to ciągle się zmienia, ciągle ewoluuje. Nabieramy doświadczenia, uczymy się nowych rzeczy i mamy z tego frajdę. Na tym nam zależy i często to podkreślamy.

>>Tym razem zainspirowani klasycznymi albumami z muzyką filmową postanowiliście nagrać własny Soundtrack. Ciekawy koncept – zazwyczaj to muzyka filmowa ma ponieść obraz, Wy tę hierarchię odwróciliście.

Tak się po prostu złożyło. W sumie zawsze byliśmy zespołem, który robi albumy quasi-ilustracyjne. Zawsze też posługiwaliśmy się wyobrażeniem obrazu, do którego próbowaliśmy następnie dołożyć muzykę. Tak było na przykład w przypadku płyt Gusła czy Powstanie Warszawskie, ale w zasadzie i wszystkich naszych pozostałych albumów. Zawsze to obraz pojawiał się w głowie jako pierwszy, a potem były dźwięki, które mogłyby ten obraz opisać. Tutaj poszliśmy zupełnie w domenę filmową. Ponieważ oglądamy dużo filmów, będąc w trasie chociażby, często zwracamy uwagę na muzykę w nich wykorzystaną. Zazwyczaj są to takie amerykańskie produkcje, może nie do końca undergroundowe czy wyszukane. Te nawet nośne i w pewien sposób komercyjne, na przykład filmy Tarantino – głośne i wciąż dobre. One mają fajnie skonstruowane ścieżki dźwiękowe, będące kompilacją ciekawie podanej muzyki z różnych epok, różnych zespołów, o różnej tematyce czy stylistyce. Pomyśleliśmy – „Kurcze, może zróbmy taki album, w którym będziemy mieszać style w ramach każdej kompozycji?”.
Chociaż już wcześniej robiliśmy muzykę w ten sposób, że w ramach jednej kompozycji pojawiało się kilka stylów. Zaczynaliśmy na przykład pulsacją quasi-reggae’ową, a potem przechodziliśmy do punk rocka. Teraz chcieliśmy, żeby z kompozycji na kompozycję zmieniać się w inny zespół stylistycznie, dlatego płyta jest tak zróżnicowana – ma w sobie hip-hop, funk, rock, trip hop, ale też daab czy reggae. Jak byśmy wyobrazili sobie ten film, do którego mielibyśmy robić muzykę, tę jego różnorodność, dotarlibyśmy do klasycznych obrazów, takich jak Pulp fiction, Urodzeni mordercy, Kill Bill czy brytyjski Snatch. To były wyznaczniki, które spowodowały, by płytę podać w podobny sposób.

>>Do czyjego filmu pasowałby Wasz Soundtrack?

Nie wiem, czy von Trier nie byłby za ciężki, ale mimo wszystko bliżej mu chyba von Triera niż wspomnianego już Tarantino. Bo wychodząc od muzyki, nie mieliśmy jeszcze treści. One dopiero potem się pojawiły i okazały się niespecjalnie sensacyjne. Nie byłby to zatem ani film sensacyjny, ani komediowy, ani w żaden sposób rozrywkowy – jest to raczej rzecz oparta na dramaturgii...

Ciąg dalszy rozmowy w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu

poniedziałek, 26 listopada 2012

Zanim zajdzie słońce




Zacznij tydzień z książką! Lalę recenzuje Anna Ladorucka.

Lala
Jacek Dehnel
Wydawnictwo W.A.B.
2006

Obrazek, który zna chyba każdy z nas: babcia lub dziadek snuje przy szklance herbaty opowieści z minionych dni. I my, zasłuchani po raz kolejny w tej samej historii, bo to, co znane, tym bardziej lubimy, wyłapując nowe smaczki, a czasem podrzucając pominięte przez opowiadającego szczegóły. Zazwyczaj tych ulubionych, po wielekroć opowiadanych historii jest zaledwie kilka. Jacek Dehnel miał to szczęście, że jego babcia była obfitym źródłem anegdotek, dykteryjek i historii, ona zaś miała to szczęście, że jej wnuk postanowił te opowieści spisać, w ten sposób zapewniając jej nieśmiertelność.
Babcia, czyli pani Helena Bieniecka, przyszła na świat w 1919 roku w Kielcach. Z powodu rodzinnych zawieruch musiało upłynąć aż 5 lat, zanim rodzina ponownie zorganizowała się na tyle, by dziewczynkę ochrzcić i nadać jej imię. Wcześniej – z racji wyjątkowej urody – wołano na nią „Lala” i Lalą dla bliskich pozostała.
Rodzina Lali to ludzie wykształceni, obdarzeni zmysłem artystycznym, zakochani w sztuce. Jacek Dehnel jest godnym ich potomkiem. Od dziecka przysłuchiwał się dyskusjom i wykładom o filozofii, literaturze i muzyce. Tym możemy tłumaczyć jego wrażliwość i kulturę, niespotykaną w tak młodym wieku – Lalę napisał, mając zaledwie 22 lata!
Muszę przyznać, że pierwsze strony nie zapowiadały tak urzekającej lektury. Czułam się niemal tak, jakbym czytała książkę telefoniczną. Trudno było spamiętać, kto z tabunów przewijających się postaci jest czyim stryjem, teściową czy kochankiem. Ale wkrótce wszystko się wyklarowało i przybrało formę cudnej, barwnej kołdry patchworkowej. Chociaż główny nurt opowieści ma układ chronologiczny, to wplatane w niego dygresje swobodnie przeskakują całe epoki, zbliżając powieść do gawędy...

Ciąg dalszy recenzji w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu