środa, 28 listopada 2012

Bliżej von Triera niż Tarantino


fot. wieczorkocha

Środa zWYWIADowcy! Z Hubertem „Spiętym” Dobaczewskim o mieszaniu stylów, ścieżkach do nieistniejących filmów, ostatnim słowie Eddiego Stevensa i nie odcinaniu kuponów od sukcesu rozmawia wieczorkocha.

>>Macie w dorobku pięć płyt, każda jest inna. Tacy z Was eksperymentatorzy? Nie przywiązujecie wagi do gatunków, nie interesuje Was stworzenie jednorodnego stylu i zakorzenienie się w nim?

Interesuje nas przede wszystkim dobra i ciekawa sztuka, autorska sztuka. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że gdyby było na świecie milion zespołów, to byłoby też milion gatunków – jeśli mówimy tutaj oczywiście o uprawianiu sztuki w sposób autorski. Bo taka jest prawda, że gdy chce się zrobić rzecz, która nie wpisuje się w jakiś kanon czy formę już gdzieś wcześniej zapoczątkowaną, to chyba nie jest to najlepsze rozwiązanie dla sztuki i w ogóle dla rozrywki, jaką jest uprawianie sztuki. Staramy się robić płyty, które różnią się od siebie, ale staramy się również być zespołem, który różni się od innych. I to ciągle się zmienia, ciągle ewoluuje. Nabieramy doświadczenia, uczymy się nowych rzeczy i mamy z tego frajdę. Na tym nam zależy i często to podkreślamy.

>>Tym razem zainspirowani klasycznymi albumami z muzyką filmową postanowiliście nagrać własny Soundtrack. Ciekawy koncept – zazwyczaj to muzyka filmowa ma ponieść obraz, Wy tę hierarchię odwróciliście.

Tak się po prostu złożyło. W sumie zawsze byliśmy zespołem, który robi albumy quasi-ilustracyjne. Zawsze też posługiwaliśmy się wyobrażeniem obrazu, do którego próbowaliśmy następnie dołożyć muzykę. Tak było na przykład w przypadku płyt Gusła czy Powstanie Warszawskie, ale w zasadzie i wszystkich naszych pozostałych albumów. Zawsze to obraz pojawiał się w głowie jako pierwszy, a potem były dźwięki, które mogłyby ten obraz opisać. Tutaj poszliśmy zupełnie w domenę filmową. Ponieważ oglądamy dużo filmów, będąc w trasie chociażby, często zwracamy uwagę na muzykę w nich wykorzystaną. Zazwyczaj są to takie amerykańskie produkcje, może nie do końca undergroundowe czy wyszukane. Te nawet nośne i w pewien sposób komercyjne, na przykład filmy Tarantino – głośne i wciąż dobre. One mają fajnie skonstruowane ścieżki dźwiękowe, będące kompilacją ciekawie podanej muzyki z różnych epok, różnych zespołów, o różnej tematyce czy stylistyce. Pomyśleliśmy – „Kurcze, może zróbmy taki album, w którym będziemy mieszać style w ramach każdej kompozycji?”.
Chociaż już wcześniej robiliśmy muzykę w ten sposób, że w ramach jednej kompozycji pojawiało się kilka stylów. Zaczynaliśmy na przykład pulsacją quasi-reggae’ową, a potem przechodziliśmy do punk rocka. Teraz chcieliśmy, żeby z kompozycji na kompozycję zmieniać się w inny zespół stylistycznie, dlatego płyta jest tak zróżnicowana – ma w sobie hip-hop, funk, rock, trip hop, ale też daab czy reggae. Jak byśmy wyobrazili sobie ten film, do którego mielibyśmy robić muzykę, tę jego różnorodność, dotarlibyśmy do klasycznych obrazów, takich jak Pulp fiction, Urodzeni mordercy, Kill Bill czy brytyjski Snatch. To były wyznaczniki, które spowodowały, by płytę podać w podobny sposób.

>>Do czyjego filmu pasowałby Wasz Soundtrack?

Nie wiem, czy von Trier nie byłby za ciężki, ale mimo wszystko bliżej mu chyba von Triera niż wspomnianego już Tarantino. Bo wychodząc od muzyki, nie mieliśmy jeszcze treści. One dopiero potem się pojawiły i okazały się niespecjalnie sensacyjne. Nie byłby to zatem ani film sensacyjny, ani komediowy, ani w żaden sposób rozrywkowy – jest to raczej rzecz oparta na dramaturgii...

Ciąg dalszy rozmowy w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz