piątek, 30 listopada 2012

Pasą się, pasą


fot. Aleksandra Kowalczyk

Piątek zWYWIADowcy! Z Januszem R. Kowalczykiem – autorem książki Wracając do moich Baranów – rozmawia Marek Rozpłoch.

Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek SPOTKANIA w Teatrze Baj Pomorski obfitował w wiele wydarzeń towarzyszących, takich jak warsztaty dla dzieci, koncerty dla dorosłych itp. Jednym z takich zdarzeń było spotkanie z Januszem R. Kowalczykiem promujące jego książkę Wracając do moich Baranów, połączone z występem dwóch kabaretowych grup aktorek i aktorów Baja prezentujących program satyryczny inspirowany piosenkami z kręgu Piwnicy pod Baranami (i tymi piosenkami przeplatany). Po spotkaniu udało mi się przeprowadzić wywiad z autorem książki.

>>Pierwsze pytanie. Skąd potrzeba różnorodności gatunkowej w Pana książce, czy to konieczność zamknięcia w jednym tomie całości Pana doświadczeń z Piwnicą pod Baranami, czy bardziej chodzi o przystępny przekaz dla czytelnika?

To jest bardzo dziwne zjawisko ta Piwnica pod Baranami – bo niezależnie od tego, ile książek by się o niej nie napisało, i tak zawsze można napisać nową. Ja starałem się swoim spojrzeniem na czas, kiedy w Piwnicy byłem, i późniejszy, gdy inne wyzwania życiowe od kabaretu mnie odciągnęły, opisać Piwnicę i siebie – szczególnie to, po co tam byłem. A byłem jednym z Piwnicznych satyryków, pisane więc jest to z nieco egoistycznego punktu widzenia. (Rozmowę przerywa pukanie do drzwi – przyp. red.) Proszę bardzo! W tej chwili wchodzi do sali pan Krzysztof Zaremba, wybitny artysta, muzyk, aktor, który podczas promocji książki dokonał cudu scenicznego – te utwory, które były grane przez Koniecznego, Pawluśkiewicza, Grechutę, Walewskiego, Preisnera, pan Krzysztof swoim opracowaniem wspaniale uprzystępnił w swoich interpretacjach. Wielka to też zasługa artystów Baja Pomorskiego – bardzo serdecznie dziękuję.
Wracając do pytania o różnorodność… Moja różnorodność w Piwnicy była ograniczona – zajmowałem się gadaniem. Pisałem teksty istotne w tym czasie, które ukazać mogły się tylko w podziemiu. I osobiście odczuwałem ten kabaret jako rodzaj podziemia – nomen omen mieścił się w podziemiu. Potem też miałem związki z drugim obiegiem i trochę o tym też wspominam w książce, ale to już późniejszy okres. Wchodząc do Piwnicy, byłem studentem teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, czułem się skonfundowany, że jestem taki osobny, ale też podobnie osobny okazał się Andrzej Pacuła – młodszy brat Marka Pacuły, który po śmierci Piotra Skrzyneckiego prowadził Piwnicę. Stworzyliśmy razem zgrany duet.

>>Zasadniczy trzon tej książki zaczął powstawać od razu po Pana odejściu z Piwnicy, czy jest to jednak zamysł ostatnich lat?

Ktoś mi już zadał to pytanie wcześniej: ile lat to pisałem? Ja odpowiedziałem, że 20 lat i 2 miesiące. Przez 20 lat pracowałem jako dziennikarz, krytyk teatralny – w „Rzeczpospolitej” głównie – i pisałem w tym czasie o Piwnicznych artystach, mych kolegach, głównie portrety aktorów i autorów. Trzon książkowych wspomnień to na nowo opracowane te właśnie teksty dawne. Jest ich chyba kilkadziesiąt, jeśli nie setka. Te dwa miesiące, które dodałem do rachuby, poświęciłem na to, by wszystko scalić, uporządkować, uprzystępnić. Jaki efekt? O efekcie nie mnie się wypowiadać…

>>Czy przekształcenie się Piwnicy w mit, jej sakralizacja – były czymś nieuchronnym, czy czuło się to już w tamtych czasach? I czy taki wizerunek nie zamazuje tego, co niegdyś było najważniejsze – zabawy, radości życia?

Piwnica pod Baranami istnieje w legendzie, w micie – bardzo często wspomina się początki, Ewę Demarczyk, Zygmunta Koniecznego, który stworzył odmianę polskiej piosenki, zyskującej wówczas olbrzymią sławę, mianowicie piosenkę poetycką. To był pomysł Piotra Skrzyneckiego i Zygmunta Koniecznego, którzy specjalnie brali teksty z najwyższej półki, znaleźli też fenomenalną Ewę Demarczyk. Potem doszły i inne wykonawczynie – ale cały mit powstał na barkach Skrzyneckiego, Koniecznego i Demarczyk. Są dwa aspekty Piwnicy – legenda i życie codzienne. W książce starałem się je pogodzić. Moje wspomnienia to lata siedemdziesiąte, kiedy się tam znalazłem, i bardzo trudne lata osiemdziesiąte, które nie zostały jeszcze w zasadzie opisane. Wspaniały album Joanny Olczak-Roniker to jest rzecz fundamentalna, taki filar. Moja książka to głos z boku, ale są w niej rzeczy, o których ona nie pisała. W tym okresie przychodziła już tylko okazjonalnie, była trochę z boku, czasem pomagała literacko, na przykład przy Wnijściu Xięcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa, jakichś jubileuszach, rocznicach…

Ciąg dalszy rozmowy w listopadowym numerze MUSLI MAGAZINE - http://issuu.com/muslimagazine/docs/musli_listopad_2012_issuu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz